|
![]() |
Autor
Urodzony w 1938 r. w Poznaniu; dyplom historii sztuki na UAM w 1961 r. Jest członkiem Związku Polskich Artystów Plastyków – Polska Sztuka Użytkowa i Stowarzyszenia Pastelistów Polskich.
W latach 1967-1976 pracował jako ceramik, a do 1984 r. wykonał kilkaset miniatur na kości słoniowej w technice klasycznej.
Obecnie uprawia malarstwo olejne i pastel, wykonuje również kopie.
Uczestniczył w licznych wystawach zbiorowych (m.in. w III Ogólnopolskim Biennale Pasteli i I Międzynarodowym Biennale Pasteli w Nowym Sączu oraz w VI Jesiennym Salonie Sztuki w Ostrowcu Świętokrzyskim).
Indywidualne wystawy w Poznaniu (kilkakrotnie), w Warszawie, Wolsztynie, Lundzie i Monachium.
Prace w zbiorach kilku muzeów w Polsce, polskich placówkach dyplomatycznych, w prywatnych kolekcjach w kraju, w większości państw europejskich, a także w Afryce, Australii, Kanadzie, Meksyku, Korei, Japonii i USA.
Jerzy Winkler: od empirii do metafizyki; artysta niepokojącego pogranicza
Kwiaty-rośliny, ptaki, akty: Jerzy Winkler zmienił swoje emploi. To nie znaczy, że nie portretuje, jak przedtem i nie stroni od kopiowania (w tym jest jednym z niewielu rodzimych mistrzów). Po latach cichego skupienia, namysłu nad barwą i formą – zaproponował nam styl specyficzny. Wydawałoby się już zamknięty w czasie przeszłym dokonanym, reprodukowany nie tylko w podręcznikach, lecz w niezliczonych replikach na szkle i w szkle, na płótnie i porcelanie, urok czasów, które już nigdy nie wrócą: wiedeńskich grafików i malarzy – secesjonistów, po ich wszecheuropejskie repliki. Przemyślał dokonania Wyspiańskiego i Mehoffera, pominął sztywne rytmy awangardy uwielbiającej formy geometryczne lub rozmyte, nie pochylił się nad wszystkim co we śnie możliwe, jak u surrealistów, proponując inne ujęcia głównych motywów swej twórczości. Wybrał wiotkie formy roślin i kwiatów, z których barwa opuszcza rygor konturu, przesiewając się przez niewidoczne warstwy powietrznego otoczenia – w kaskadę koloru znaną fotografom, celowo rozmywającym motywy. Jego wizja organicznego świata symbolizowanego przez prywatne, subiektywne, nigdy nie spełnione w rzeczywistości ogrody naszej wyobraźni mówi o urodzie żywego jestestwa, jakim jest realna forma rośliny, także w jej rozkwicie. Przypominając jednocześnie o przemijaniu, „wypadaniu” barwy z płatka, kiści, pęku – w sfery poza tym, co dostrzegalne, a tylko metafizycznie przeczuwane. Każda forma w pewnym momencie przybiera postać schyłkową, zanika i więdnie, pozostawiając pamięć przed chwilą wypełniającej ją ezoterycznej materii kolorystycznej. Czym bowiem jest istota urody kwiatu, jak nie przywoływaniem kolorów i zapachów, które są w nas i będą także wówczas, gdy zniknie jej realny desygnat?
Jest ścisła więź koncepcyjna pomiędzy seriami kwiatów i roślin, a wrażliwie obrysowanymi kształtami aktów w tej twórczości. Kadrowane w bezimienność rysów twarzy, z sinusoidalnie biegnącym rytmem linii ciała, kruchym i niedopełnionym, z ekspresją kształtu ręki opisującym nie gest tu i teraz, lecz bardziej pożegnalnym, niż trwającym. Zatrzymującym istnienie na samej granicy nieistnienia, w atmosferze szulcowskiego rozumienia świata emocji, tworzącego się w napięciu i przeczuciu nie tyle spełnienia, co frustrującego niedostatku. Odwieczny temat kształtu kobiecego ciała Jerzy Winkler wyposażył, poprzez sposób jego uformowania, we właściwości dramatycznej bezosobowości, jak gdyby pamiętając o mrocznych wnioskach freudowskiej analizy seksualności bezimiennej. Jest w tych pozornie skromnych szkicach olbrzymie napięcie sensualne, możliwe do zrozumienia poprzez lata empirycznego spostrzegania relacji między typem wrażliwości żeńskiej i męskiej. Oddając hołd temu, co rodzi nowe życie nowemu człowiekowi, malarz nie zawahał się przed swoistym, instrumentalnym potraktowaniem modelki bez twarzy, bez – de facto – cech osobniczych. Powiedział więcej, aniżeli się do tego przyznajemy. Odkrył inaczej to, co i tak – wydawałoby się – jest już całkowicie odkryte. Dotknął tajemnicy, wiedząc, że nikt nie jest w stanie zrozumieć jej istoty. Jest to malarstwo rodzące podstawowe pytania, zarówno wówczas, gdy wybiera jako motyw prowadzący wiotkość roślinnego płatka, jak i taką samą – dziewczęcego ciała. To to samo tworzywo, ta sama materia, cudownie inaczej ukształtowana, z takim samym punktem dojścia, a więc z takim samym losem, punktem docelowym, fatum, ostatecznością. Pozostanie po tych formach ulotne wrażenie jedności, ulotne tylko przez krótki czas, ponieważ ostatecznie i tak, tamte barwne kwiaty i kształty dziewcząt bez twarzy ogarnie czerń. A czegóż możemy wymagać od prawdziwej sztuki, jak nie dopełnienia w prawdzie?
Jacek Juszczyk
|
obrazy, malarstwo, malarz, pastel, olej, winkler, akt, portret, kopie